Recenzja. Szewc z Lichtenrade – A. Pilipiuk

szewc_okladka_duzy

Gdyby w ramach dowcipu uznać zbiory opowiadań za buty, nasz „szewc” – Andrzej Pilipiuk – miałby ich już kilka par. Najnowszy tom jest piątą parą „obuwia”, jaką stworzył i dał swoim czytelnikom.

Nie oznacza to jednak, że autor z tak wieloma zbiorami nie jest dobrym rzemieślnikiem. „Szewc z Lichtenrade” jest szalenie klimatyczną książką, łączącą w sobie wiele ciekawych historii. Opowiadania są różne, dotyczą różnych czasów, od początku wieku XX, przez II Wojnę Światową aż do dzisiejszego dnia. Oto lista teksów zebranych w tomie: „Wunderwaffe” (publikowany niedawno w zbiorze „Strasznie mi się podobasz”), „Traktat o higienie”, „Ślady stóp w wykopie”, „Parowóz”, „Ludzie, którzy wiedzą”, „W okularze stereoskopu”, „Sekret wyspy Niedźwiedziej”,” Yeti ciągną na zachód”, „Świątynia”, „Szewc z Lichtenrade”. Te dziesięć tekstów to kilka historii zbudowanych niekiedy wokół znanych fanom bohaterów – antykwariusza Roberta Storma, archeologa Tomasz Olszakowskiego czy doktora Skórzewskiego.

Dlaczego Pilipiuk jest „dobrym rzemieślnikiem”? Przede wszystkim dlatego, że tekstom zawartym w najnowszym tomie niczego nie brakuje. Jest tam sporo historii, tych zmyślonych i tych, które mogłyby się wydarzyć; alternatywnych wizji przeszłości – tajemniczych, momentami niebezpiecznych; znajdziemy wątki dowcipne i poważne dociekania. Książka posiada również specyficzny klimat – niepewności, starych legend, wierzeń, duchów i przenikania się światów realnych i nadnaturalnych. Lektura dziesięciu opowiadań, ulokowanych na ponad 370 stronach, powinna przynieść satysfakcję każdemu, kto chce poczytać coś innego, nie „kosmicznego”, „smoczego”, lecz właśnie umieszczonego blisko rzeczywistości. Wertując kolejne kartki książki możemy poczuć klimat zatęchłych pokoi początku XX wieku, wilgoć odkrywki archeologicznej, zapach wykrochmalonej pościeli i smród zawszonej i zapyziałej wioski, w której pojawia się lekarz z misją szerzenia higieny. Możemy przeprowadzić małe śledztwo w poPRL-owskich, na wpół wymarłych miasteczkach lub poznać wierzenia „ludzi, którzy wiedzą” oraz podumać na  temat: co by było, gdyby Hitler jednak spełnił się jako artysta?

Nowe „buty” od Pilipuka mogą jednak czasem uwierać. Sporo w nich powtarzających się, charakterystycznych dla autora motywów, często powielanych zarówno w tym tomie, jak i innych książkach. Wierni fani nie będą zawiedzeni, ale inni mogą grymasić i narzekać na wtórność czy specyficzny, dość „duszny” – żeby nie powiedzieć zatęchły – klimat opowiadań. Mnie jednak on urzekł. Jest tam także stosunkowo dużo, przemyconych między wierszami,  własnych poglądów autora, ale wiadomo, z poglądami jak z butami, niektórych cisną, niektórych nie. Zależy od stóp.

Plusy i minusy w przypadku dobrych pisarzy są kwestią subiektywną. Nie zmienia to jednak faktu – „Szewca…” czyta się płynnie i szybko, a warsztat nie pozostawia najmniejszych wątpliwości, że literackiego „fachowca” poznaje się po umiarze. Pilipiuk nim jest. Pisze ile i jak trzeba.

Na zakończenie dodam tylko: Buty są wykonane perfekcyjnie (…) Są naprawdę piękne, ale nie mam jakoś odwagi ich założyć. – znajdźmy odwagę, sięgnijmy po nie. Warto.

Tytuł: Szewc z Lichtenrade
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawca: Fabryka Słów
Data wydania: lipiec 2012
Liczba stron: 384

Więcej moich recenzji znajdziesz tu: http://www.trojmiasto.miastokultury.pl/21,3,275,trojmiasto-Ksiazka.html

Recenzja. Vertical – Rafał Kosik

vertical_front_300

Czemu świat jest taki, a nie inny? Jaki byłby, gdyby można było coś zrobić inaczej? Jacy byliby ludzie, gdyby odważyliby się na więcej, spróbowali czegoś nowego? To zestaw pytań, które wielu skwitowałoby tekstem „nie warto zastanawiać się, co by było GDYBY”. Ci, którzy tak myślą, niech nie sięgają po „Vertical”.

„Vertical”  Rafała Kosika jest czymś zupełnie innym od większości książek, po które możemy sięgnąć z księgarnianej półki. To stworzona z pomysłem i świeżością ciekawa opowieść o specyficznym „wieloświecie”. Przywykliśmy już do smoków, rycerzy, elfów, kosmitów i innych gwiezdnych wojen. U Kosika nie ma nic, co znamy, jest tylko kompletnie nowy, zaskakujący – i świetny – pomysł na powieść.

Ludzie żyją w chmurach. A dokładniej w stalowych miastach – „nibykulach”. Konstrukcjach, które utrzymują się i poruszają w powietrzu przy pomocy lin. Miasta prowadzą wymiany z innymi osiedlami, gdy los sprawi, że zbliżą się do siebie. Kwestia lin jest zastanawiająca. Od początku książki nasuwa się pytanie: skąd się one wzięły? Jak to się stało, że wertykalnie istniejące liny są niemal niezniszczalne, nie wiadomo, jak i gdzie zaczepione, ani najważniejsze – dokąd prowadzą. To pytanie nurtuje także Murka, młodego, rezolutnego chłopca, który jak wszyscy postrzega świat i życie przez pryzmat chmur i nieba. Niebianie, bo tak o nich zwykło się mówić, cały czas podróżują w swoich miastach do Celu. Nie wiadomo, skąd wyruszyli i dokąd podążają. Niemniej, ich kultura i historia jednoznacznie pokazują, że nie liczy się to, co było. Liczy się to, co będzie. Czy to aby dobrze?

Stosunkowo nieduży, metalowy pokład miasta nie zamyka umysłu Murka. Młody człowiek zdaje się przewyższać swoim intelektem i odwagą wszystkich współplemieńców. Dla nich liczy się jutro i to, że kiedyś ludzie osiągną Cel. Chłopiec jako jedyny zadaje proste, wręcz dziecięce pytania: skąd się wzięły te liny? Dlaczego po nich podróżują? Co jest wysoko w niebie? Ale i najważniejsze – kto to wszystko stworzył, co jest u początku?

Ten fragment opisu, będący tylko jedną z części fabularnego rysu książki Kosika, niech będzie zachętą do lektury, bo warto ją poznać. „Vertical” jest świetnie napisaną wielopoziomową powieścią, którą czyta się bardzo dobrze. Lekkość pióra i formy powoduje, że to świetna lektura na wakacyjny czas, ale i nie na tyle błaha, żeby szybko o niej zapomnieć. Wiele pomysłów autora potrafi zaskoczyć, zmusić do myślenia, momentami rozbawić. Co więcej, nie daje poczucia sytości. Dla niektórych może być to wadą, i jeśli lubi się mieć wszystko podane „na tacy”, to lektura „Verticalu” może być niesatysfakcjonująca. Niemniej, wszystkim tym, którzy lubią drążyć, których zmysł czytelniczy nie stroni od wyzwań, jest głodny szukania odpowiedzi i budowania zakończeń lektura się spodoba.

„Vertical” to opowieść o ludziach. O nas, którzy targani jesteśmy różnymi uczuciami i emocjami. O nas, dających się manipulować, czasami bojących się podjąć ważne decyzje zarówno dla nas, jak i nam najbliższych. To w końcu opowieść o nas – tych, którzy walczymy, realizujemy marzenia, zadajemy pytania i dociekamy. To właśnie jedna z istot człowieczeństwa jest podstawą powieści Kosika, nieobliczalność, „czynnik ludzki”, dążenie do poznania. Filozoficzne aspekty życia i rozwoju człowieka, zarówno tego duchowego, jak i emocjonalnego, i intelektualnego, mają bardzo duże znaczenie dla powieści. Autor wpasował się swoim pomysłem i formą pomiędzy twórczością Jacka Dukaja i Stanisława Lema. „Vertical” nie jest typową powieścią z gatunku fantastyki naukowej, jest powieścią przygodową osadzoną w fantastycznych realiach. Nie jest też filozoficznie i sztucznie rozdmuchana. Zadaje proste pytania i ukazuje w przystępny sposób to, jacy jesteśmy, wedle jakich praw żyjemy i czemu ulegamy. Książka Rafała Kosika jest delikatna, ożywcza i przystępna. Świetnie zbilansowana i wciągająca. Spełnia postulat wpisany w dobrą, ambitną fantastykę. Mówi o naszych realiach, opisuje nasz świat i nas samych, ze wszystkimi wadami i zaletami, poprzez pryzmat czegoś odległego, nierealnego, dla czytelnika – bezpiecznego.

Nie każdy spacer z głową w chmurach musi skończyć się bolesnym upadkiem.

 „Verical”
Autor: Rafał Kosik
Wydawnictwo: Powergraph
Liczba stron: 431
Seria: SF+
Format: 120×195 mm
Oprawa: twarda
Wydanie: II poprawione

Więcej moich recenzji znajdziesz tu: http://www.trojmiasto.miastokultury.pl/21,3,275,trojmiasto-Ksiazka.html

Recenzja. Czas żyć, czas zabijać – M. Zamboch

157302_czas_zyc_czas_zabijac_514

Istotą literatury popularnej jest przyjemność z obcowania z nią. Czeski autor, Miroslav Żamboch, którego na naszym rynku przedstawiać nie trzeba, po raz kolejny pokazał, w jaki sposób można napisać przyjemną powieść fantasy.

Twórca serii Agenta JFK, cyklu o Koniaszu, czy świetnego Mrocznego Zbawiciela i Bez litości, przywołuje w poczet swoich ożywionych postaci kolejną, dobrze fanom znaną. Bakly – gladiator, najemny siepacz, człowiek od brudnej roboty, twardziel o ciężkiej ręce i jeszcze cięższym dowcipie, ale także – a może przede wszystkim – ojciec i obrońca, powraca, aby przybliżyć czytelnikowi swoją historię.

Główny bohater jest prostym człowiekiem. Trochę leniwym, trochę bezpośrednim, momentami gburowatym. Mimo dość niepozornego wyglądu ten na jeża strzyżony, „grubo ciosany” osobnik jest istną maszyną do zabijania. I to zabijania bez zbędnej finezji. Najczęściej bronią są pięści. Nie czyni to jednak z Bakly’ego zwyrodnialca. Co to, to nie. Jak sam stwierdza, nie lubuje się w zdawaniu bólu: „Ja nie torturuję ludzi. Ja tylko zabijam”. Zmuszony do walki odbiera życie szybko i sprawnie, bez pastwienia się nad przeciwnikiem. Jak na ciekawego bohatera literackiego przystało, Bakly miewa różne przygody. Jeśli trzeba być przez pewien czas alfonsem, wywiązuje się ze swojego zadania nad wyraz sumiennie. Jeśli ma ochraniać kram „zielarza”, to robi to bez zbędnego gadania. Gdy sytuacja wymaga, prowadzi swoiste śledztwo w sprawie opiumowej wojny. Przed przeciwnikami nie czuje strachu, raczej stara się na chłodno ocenić swojego oponenta i poprzez szybką analizę sytuacji wyczuć jego słaby punkt. Prawdziwy strach bohater odczuwa tylko w ciasnych, ciemnych miejscach, które to napawają go niemal panicznym lękiem. Ciężka sprawa, zwłaszcza wtedy, gdy wraz z przyjacielem musi uciekać przez zapomniane szyby kopalni…

Czas żyć, czas umierać to zbiór pięciu historii, których akcja następuje po sobie w różnych odstępach czasu, składając się jednak w konsekwencji na pewien chronologiczny ciąg. Bakly w zależności od sytuacji bywa ochroniarzem, sutenerem, mordercą lub po prostu daje się ponieść sportowym emocjom. Tak, tak, gdy czuje ducha sportowej rywalizacji na rękę – nie odmawia, lecz skupia się na zwycięstwie, kładąc kolejnych chętnych. A to, że przegrani sięgają potem po mniej sportowe metody, to już inna sprawa… Bohater początkowo swoje działanie podporządkowuje zarobkowi. Musi spłacać wielki dług, aby ratować swoją rodzinę. Rodzinę, z którą nie może już utrzymywać kontaktu. Ten dramatyczny aspekt, będący gdzieś w głębi fabuły wcale nie traci przez to na ważności. Podkreśla go też fakt, iż Bakly, mimo całej swojej mocy i umiejętności, wewnętrznie jest człowiekiem zrównoważonym, posiadającym uczucia i pragnienia.

Żamboch często zmienia perspektywę opisu, tym samym determinując różny odbiór przez czytelnika. Narracja pierwszoosobowa przeplata się z trzecioosobową na tyle płynnie, że nie powoduje to żadnego zgrzytu w czasie lektury. Raz jesteśmy z bohaterem sam na sam, wchodząc niemal w pamiętnikowy, intymny zapis myśli i wydarzeń, a innym razem jesteśmy obserwatorami krwawej jatki, w której członki ciał latają po całej izbie. Istotnym jest warsztat pisarza, do którego właściwie nie można się przyczepić. Zarówno język, jak i konstrukcja opowieści oraz cały jej zamysł stoi na wysokim poziomie. Opisy są proste, bardzo dynamiczne i sugestywne. Uzupełnieniem niech będą dialogi i przemyślenia głównego bohatera. Teksty, którymi Bakly sypie jak z rękawa, zapadają w pamięć. Nie może być nic lepszego dla książki, jak fragmenty dialogów czy monologi, które utrwalają się w umysłach czytelników.

Żamboch nie kombinuje. Tworzy proste historie, świetnie napisane i bardzo wciągające. Okrasza to humorem i kapitalnymi dialogami. Teksty wypowiadane przez głównego bohatera, porównania, metafory, a także zabawnie sformułowane i prawdy życiowe potrafią poprawić najpodlejszy nastrój, ale też zmusić do refleksji. Odpowiednio rozpisana akcja i walka daje pokaz kunsztu i umiejętności autora. Natomiast główny bohater dopełnia świetnego obrazu całości. Bakly jest najważniejszy, na nim zbudowana jest cała historia, na nim skupia się największa uwaga i to jego zapamiętamy na długo. Po raz kolejny autor Koniasza pokazuje, jak świetne książki i wielopłaszczyznowych bohaterów potrafi tworzyć. Nadszedł czas czytać.

„I tak w kieszeń wpadł pieniądz, a w miasto poszła reklama…” – Bakly.

Tytuł: Czas żyć, czas zabijać
Autor: Miroslav Żamboch
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Wydanie polskie: lipiec 2012
Liczba stron: 537
Oprawa: miękka
Wydanie: I

Więcej moich recenzji znajdziesz tu: http://www.trojmiasto.miastokultury.pl/21,3,275,trojmiasto-Ksiazka.html

Recenzja. Pomnik Cesarzowej Achai – Andrzej Ziemiański

Pomnik_cesarzowejAchai1

Osiem lat temu, gdy wydany został III tom „Achai” Andrzeja Ziemiańskiego, część czytelników odetchnęła z ulgą, a część pozostała z poczuciem lekkiego niedosytu.

Ci pierwsi zapewne doszli do wniosku, że świetną powieść należy w godny sposób zamknąć, i dla nich zakończenie „Achai” było zwieńczeniem cyklu. Druga grupa czytelników po zamknięciu ostatniego tomu z przykrością stwierdziła, że chce więcej. I Ziemiański dał im więcej. Po ośmiu latach, ale jednak dał. Czy było warto?

Akcja „Pomnika…” dzieje się kilkaset lat po wydarzeniach z „Achai”. Tytułowa księżniczka, a potem cesarzowa, przeszła do historii. Upłynął czas, żyją już inni ludzie, zaszły pewne zmiany, chociaż wcale nie tak wielkie, jak mogłoby się zdawać. Bohaterkami są Kai i Shen, dwie kobiety, których losy plotą się zupełnie odmiennie. Jedna z nich jest bogata, druga biedna. Pierwsza jest czarownicą z wykształceniem i wizją przyszłości; druga – córką rybaka, która wybiera służbę w wojsku, aby wyrwać się z domu. Trzecim graczem na tej arenie jest dla odmiany mężczyzna. Tomaszewski to polski żołnierz, a właściwie agent specjalny. Te trzy osoby odegrają znaczącą rolę w wydarzeniach, które mają nastąpić…

Co się Ziemiańskiemu udało? Utrzymać ciekawy i wciągający klimat znany z „Achai”. Interesujące jest też ujęcie Polski jako potęgi tamtego świata. „Sny o potędze” zdają się w „Pomniku…” realizować z całą mocą, to miły akcent. Mocną stroną powieści jest też utrzymanie konwencji świata, którą Ziemiański stworzył w swojej poprzedniej trójtomowej powieści. Połączenie magii i technologii może się podobać. Na plus trzeba również zaliczyć kunszt pisarski, którego autorowi odmówić nie można. Całość akcji śledzimy równolegle na dwóch płaszczyznach, ale w ogóle nie wprowadza to zamętu w odbiorze. Pisarz słynie ze specyficznego stylu, teraz także go nie zatracił, o czym świadczą oszczędne, ale wystarczające opisy, a także humor wpleciony między wiersze.

Gorzej przedstawia się kwestia samego pomysłu na powieść. Kuleje kreacja bohaterów – zdają się prości i powierzchowni. Razić może też brak tego, do czego autor przyzwyczaił swoich czytelników w „Achai”. „Pomnik…” praktycznie nie zawiera śladów filozoficznego rozważania, a szkoda. Do tego dochodzą momentami irytujące przestoje i dłużyzny, które skutecznie hamują przyjemność z lektury. Mało jest jakiejkolwiek walki. Ten element, rozpisany w świetny sposób, zawsze był istotny w pisarstwie autora. Język, do tej pory wyrazisty, momentami brutalny i dosadny, teraz zdaje się grzeczniejszy i przez to bardziej sztuczny. Niestety, nie uraczymy już kwiatków w stylu: „po to nasi ojcowie rżnęli nasze matki, żebyśmy sobie teraz pomagały”.

„Pomnik cesarzowej Achai” to świetnie wydana i kapitalnie zilustrowana przez Dominika Bronieka książka, którą przeczytać powinni wszyscy ci, którzy po swojej przygodzie z „Achają” czuli niedosyt i chcieli więcej. Dla tych, którzy po ostatniej stronie tamtej powieści poczuli spełnienie „Pomnik…” może być rozczarowująco słabą próbą kontynuacji na dobrze znanym i lubianym schemacie. Tak więc – czytacie na własną odpowiedzialność.

 

Autor: Andrzej Ziemiański
Tytuł: Pomnik Cesarzowej Achai, tom 1.
Wydawca: Fabryka Słów
Seria: Bestsellery polskiej fantastyki
Data wydania: 4 kwietnia 2012
Oprawa: miękka
Liczba stron: 688

Więcej moich recenzji znajdziesz: http://www.trojmiasto.miastokultury.pl/21,3,275,trojmiasto-Ksiazka.html

Recenzja. Władca Wilków – Juraj Cerwenak

Cervenak_WladcaWilkow_front_okl_800_1

Jeśli ktoś pisze, że inspiracją dla niego jest twórczość Andrzeja Sapkowskiego, to znaczy, że ma dobry gust. Juraj Červenák ma bardzo dobry gust.

„Władca wilków” to pierwszy tom z cyklu „Czarnoksiężnik”, opowiadający historię wojownika Czarnego Rogana i jego wytrwałego kompana, mistycznego, ogromnego wilka Gorywałda. Rogan jest wielkim wojownikiem. Pod wieloma rozkazami już służył, wiele bitew stoczył, większość zwyciężył. Nie wygrał właściwie tylko jednej potyczki, tej najważniejszej – z samym sobą. Rogan tropi i skutecznie wycina awarskich wojowników z klanu Krwawych Psów. To właśnie ci ludzie w odległej przeszłości zabili żonę i syna Czarnego i to oni budzą postrach w całej krainie. Niesiony ślepą rządzą zemsty Rogan wciąż walczy i nadal nie może zaznać spokoju. Nieoczekiwanie w jego losy mieszają się bóstwa i to przy ich pomocy Czarny Rogan stanie do walki z Krwawymi Psami, już nie tylko w swoim imieniu…

„Władca wilków”, jak na pierwszy tom powieści przystało, rozpoczyna historię, która właściwie ma przed sobą dwie drogi. Ma potencjał stać się jedną z najlepszych powieści fantasy osadzoną w realiach słowiańskich bóstw i mitów. Może też wszystko stracić z powodu braku dobrych pomysłów na pozostałe tomy i rozwój głównego bohatera. Owe tomy już powstały i w Słowacji, rodzinnym kraju pisarza, zbierają podobno świetne noty. Oby ich gust fantasy nie różnił się zbytnio od naszego. Skoro „Wiedźmin” sprzedaje się u nich świetnie – jest szansa!

Ciężko się przyczepić do książki Červenáka. Autor miał bardzo dobry pomysł – świat słowiańskich mitologii chyba nie znalazł dotąd tak dobrego książkowego przetworzenia na literaturę fantasy. Bohaterowie są ciekawi i charakterystyczni, a ich sposoby walki przypominają klasyczne podziały na klasy bohaterów z gier RPG. Język i delikatnie wpleciony gdzieniegdzie humor stoją na bardzo dobrym poziomie. Sporo jest tez krwistej „wyżynki”, opisanej bardzo sugestywnie (cóż to były za ciężkie czasy!). Właściwie jedyne zastrzeżenia budzi główny bohater, Czarny Rogan. Zdaje się dość… jednowymiarowy. Owszem stracił rodzinę, jest w nim tragizm i determinacja, jednak jakoś nie do końca ją czuć, a i on sam zdaje się mówić tylko o mordowaniu. Jednak nie wszystko stracone. Wszak Geralt z Rivii też nie miał łatwo, a stał się postacią kultową. Być może Czarny Rogan pójdzie jego śladami. Mało jest też wilka Gorywałda, a szkoda, bo polubić go nietrudno. Na pewno jednak będzie go więcej w następnych tomach, więc pozostaje czekać.

„Czarnoksiężnik: Władca wilków” to bardzo dobra historia zbudowana i utrzymana w klimacie słowiańskiej mitologii, przywodząca na myśl „Starą baśń” czy właśnie „Wiedźmina”. O ile w przypadku tego drugiego Sapkowski stworzył fikcyjny świat z elementów mitologii słowiańskiej, o tyle Červenák poszedł w nią całą swoją autorską mocą. I bardzo dobrze. Warto „Władcę wilków” przeczytać i tym bardziej warto czekać na kontynuację. Nie warto za to szukać podobieństw do „Wiedźmina” czy patrzeć na Červenáka przez pryzmat Sapkowskiego. Wtedy możemy się zawieść. Wprawdzie uczeń nie przerósł mistrza, ale podąża wytrwale jego śladem, pamiętając jednocześnie o własnym stylu i kreatywności, a to dla czytelników najlepsza wiadomość.

Tytuł: Czarnoksiężnik: Władca wilków
Autor: Juraj Červenák
Data wydania: maj 2012
Ilość stron: 368
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica

Więcej moich recenzji znajdziesz: http://www.trojmiasto.miastokultury.pl/21,3,275,trojmiasto-Ksiazka.html

Recenzja. Diablo III Zakon – Nate Kenyon

Diablo3_Zakon_cover_500px_1

Trzy wydane 10 lat temu książki z logo Diablo kompletnie nie trzymały klimatu gier (o trzymaniu klimatu dobrej lektury fantasy nawet nie wspomnę), a co najgorsze, były po prostu kiepsko napisane.

Na szczęście nowa „Diablo III: Zakon” wyłamuje się z tej przykrej tendencji. Nate Kenyon pokazuje, że można odpowiednio przenieść grę komputerową na karty powieści, zachowując klimat i wykorzystując potencjał ukazanego świata.

Zaczęło się! Premiera gry komputerowej „Diablo III” odbiła się echem na całym świecie. W nocy z 14 na 15 maja półki w sklepach zaczęły pustoszeć, by około południa 15 maja stać się całkowicie ogołocone. Premiera najbardziej oczekiwanej gry ostatniej dekady w końcu się dopełniła. Ale na tym nie koniec…

Pamiętacie książki sygnowane logo Diablo, które zostały wydane w Polsce 10 lat temu – „Dziedzictwo krwi”, „Czarna droga” i „Królestwo cienia”? Jeśli nie, to dobrze, bo były one – mówiąc delikatnie – „odstające” od świata Sanktuarium, który stworzył Blizzard na potrzeby Diablo. Teraz po premierze „trzeciego diabła” dostaliśmy coś jeszcze – w końcu dobrą lekturę zbudowaną na uniwersum najbardziej rozpoznawalnej gry świata.

Mowa o powieści Nate’a Kanyona zatytułowanej „Diablo III: Zakon”. Autor jest cenionym, twórcą książkowych horrorów, którego pisarstwo stabilnie trzyma wysoki poziom. Teraz wziął się za typowe dark fantasy i wyszło mu to świetnie. Około 10 lat po unicestwieniu Andariel, Duriela, Mefisto, Diablo i Baala, Deckard Cain wraz z małą Leą zmuszony jest odnaleźć zakon Horadrimów, aby zapobiec zagładzie świata. Mroczne proroctwa mówią o rychłym pojawieniu się Beliala i Azmodana – dwóch najpotężniejszych demonów mogących zniszczyć świat. Akcja książki rozgrywa się zatem dziesięć lat po zakończeniu akcji „Diablo II” i również 10 lat przed akcją komputerowej gry z „trójką” w tytule.

W „Diablo III: Zakon” zrobiono coś, co powinno się robić zawsze w tego typu wydawnictwach. Wzięto uniwersum z gry, zaczerpnięto postaci, przewertowano sumiennie całą historię. Zastanowiono się, jak na bazie tego zbudować coś równie klimatycznego i wciągającego, a następnie pieczołowicie to wykonano. Kenyon całą swoją opowieść skonstruował z gotowych elementów dostarczonych przez Blizzarda. Wydawać by się mogło, że tego typu praca jest prosta, bo nie tworzymy od podstaw, tylko bazujemy na tym, co jest już gotowe, ale nic bardziej mylnego. To twórczość ograniczana z różnych stron, pozwalająca tylko wprawionym, budować na nich ciekawe historie. Autor świetnie zadbał o to, aby wielbiciele gry czuli się „jak w domu”, ale także opowiedział historię w taki sposób, aby czytelnik, który nie jest gorącym fanem serii, przeczytał dobra książkę w stylu fantasy.

Wad w książce praktycznie nie widać, Kenyon jest świetnym pisarskim rzemieślnikiem, który tworzy doskonale skomponowane powieści. Tak samo jest w przypadku „Diablo III: Zakon”. Język jest prosty, lecz nie prostacki. Krwiste opisy nie obrzydzają, ale nadają mroczny klimat, bohaterowie (zwłaszcza Cain) zdają się być bardzo ludzcy i prawdziwi. Dziwić może tylko Lea, która mimo swoich 8 lat, wydaje się być mentalnie zbyt dojrzała. Jednak to drobiazg. Mocną stroną powieści jest sposób, w jaki nadaje ona ciągłość całej historii świata Sanktuarium. Na kartach książki przenosimy się do wydarzeń zawartych w „Diablo I”, by bez zgrzytów przejść do fabuły „dwójki” i przygotować się na to, co zasmakujemy w „Diablo III”. Właśnie tak powinno się pisać książki oparte na scenariuszach gier komputerowych: płynnie, bez zbędnego udziwniania i, co najważniejsze, pamiętając o szczegółach, które pojawiały się w grze. Tak, tak – gracze mają świetną pamięć.

„Diablo III: Zakon” dopełnia całości świata Sanktuarium. Porządkuje chronologię gier „Diablo” I i II oraz pozwala przejść do świeżo wydanej „trójki”. Książka dla fanów serii „Diablo” jest tytułem absolutnie obowiązkowym. Dla tych, którzy nie zdążyli kupić gry „Diablo III”, „Zakon” będzie świetnym wstępem do gry. Natomiast ci, którzy fabularną linię produkcji Blizzarda mają już za sobą, zrozumieją, dlaczego losy Caina i Lei potoczyły się na ekranie komputerów tak, a nie inaczej.

Warto sięgnąć po „Diablo III: Zakon” zanim będzie za późno… To znaczy, zanim książka – tak jak i gra – zniknie w kilka godzin ze sklepowych półek.

„Diablo III: Zakon”
Autor: Nate Kenyon
Data wydania: czerwiec 2012
Ilość stron: 486
Wymiary: 125 x 195
Wydawnictwo: Fabryka Słów

Więcej moich recenzji znajdziesz na: http://www.trojmiasto.miastokultury.pl/21,3,275,trojmiasto-Ksiazka.html

Recenzja. SAGI Conora Kosticka ciąg dalszy

Saga_350px_1

Środkowe tomy wieloczęściowych opowieści są najczęściej dużo słabsze niż pierwsze części. Najczęściej są także słabsze od tomów zamykających cykl. Tym razem jednak udało się gładko pociągnąć interesujący pomysł z pierwszego tomu. 

SAGA, druga cześć stworzonej przez Conora Kosticka Kroniki Awatarów, przenosi czytelnika w świat specyficznej gry, kreującej życie ludzi. Jest to dalsza część losów świata, w którym wirtualność stoi na równi – a może i nawet ponad – realnością. W grze, jak w życiu, nie ma sprawiedliwości i równości. Jest tylko system, w którym należy się odnaleźć. Warto zapoznać się z treścią pierwszej części trylogii, gdyż odnajdziemy w drugim tomie Kosticka kilka odniesień do poprzedniczki. Nie jest to jednak nagląca konieczność.

SAGA, w przeciwieństwie do pierwszego tomu, rozgrywa się w świecie futurystycznym, podzielonym na specyficzne kasty. Po upadku gry nazwanej EPIC-iem (tam klimat typowego fantasy, przyp. red.), życie ludzi przejmuje nowy system. SAGA – bo o niej mowa – to gra, której rezultaty determinują ludzkie życie. Jeśli czytaliśmy pierwszy tom Kronik Awatarów, to w kolejnej części odnajdziemy się bez trudu. Niemniej, nawet jeśli jej nie czytaliśmy, prosta fabuła i charakterystyczni, wyraziści bohaterowie wzbudzą zainteresowanie nowym światem. SAGApowiela właściwie wszystko to, z czym mieliśmy do czynienia u poprzedniczki. Mamy Cindellę Smokobójcę, w którą wciela się Eric, oraz D.E, który w „realu” nazywa się tak samo. Inaczej niż w EPIC-u, główną postacią jest teraz Zjawa, awanturnicza, ciemnoskóra dziewczyna, buszująca na deskolotce (tak, tak to nie błąd, „deskolotka”, czyli lewitująca nad ziemią deska, którą możemy dostrzec na okładce razem ze Zjawą). Autor buduje drugi tom na schemacie, który za pierwszym razem się przyjął. Oto grupa młodych gniewnych bohaterów buntuje się, chcąc zmienić system, w którym przyszło im żyć. Zmienił się główny oponent młodych dzielnych. Teraz jest nim Czarna Królowa – stworzona przez ludzi postać, która wymknęła się spod kontroli i skutecznie miesza na Nowej Ziemi.

Drugą powieść Kosticka czyta się szybko i przyjemnie, chociaż momentami akcja wyraźnie zwalnia, podobnie jak to było u poprzedniczki. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że autor chyba wprawia się w swoim fachu, ponieważ SAGA jest napisana ze zdecydowanie większym polotem literackim. Czyta się ją nieznacznie lepiej niż EPIC. Być może to zasługa dobrego tłumaczenia, a może właśnie lepsze już pióro Kosticka? Trudno powiedzieć jednoznacznie. Ważne jest, że każdy, kto gra w grę, nie lubi, gdy jej zasady zmienia się w czasie trwania rozgrywki. Kostick nie zmienił zasad swojej „gry”. I bardzo dobrze. Liczę, że ostatnia częśćKroniki Awatarów – EDDA przyniesie solidne zakończenie tego dobrego przygodowo-fantastyczno-gamerowego cyklu.

SAGA. II tom trylogii KRONIKI AWATARÓW
Autor: Conor Kostick
Przekład: Dariusz Kopociński
Seria: Kroniki Awatarów
Liczba stron: 355
Oprawa: miękka

 

Więcej moich recenzji znajdziesz: http://www.trojmiasto.miastokultury.pl/21,3,275,trojmiasto-Ksiazka.html

Recenzja. Silentium Universi – Dariusz Domagalski

silentium_universi_0

Dariusz Domagalski ma już od dawna wyrobioną markę na kartach polskiej fantastyki. Jego poprzednia powieść, „Cherem”, wzbudziła wiele kontrowersji, ale także przysporzyła wielu nowych czytelników autorowi.

Silientum Universi przenosi nas o ponad 50 lat wprzód do czasu, kiedy to ludzkość stoi u progu zagłady, do której doprowadziła właściwie sama przez setki lat nierozważnego eksploatowania Ziemi. Okazuje się, że planeta umiera. Złoża naturalne wyczerpią się za kilka lat, gospodarka zjada własny ogon, a przeludnienie doprowadza do społecznych patologii na światową skalę. Projekt „Raj Utracony” to największe dziejowe przedsięwzięcie ludzi, których wizja zagłady zmusza do szukania i kolonizowania nowej planety. Poszukiwanie nowego domu to proces skomplikowany i długotrwały, jednak po wielu latach przygotowań udaje się odnaleźć planetę podobną do naszej Ziemi. Nakładem wielkich sił powstaje najnowocześniejszy statek kosmiczny „Marek Aureliusz”. Grupa ośmiu kosmonautów, pod dowództwem komandora Huberta Zettenberga, zostaje wysłana na trwającą blisko 3 lata misję, której celem jest zbadanie i zbudowanie podwalin nowej kolonii, w oddalonym o cztery lata świetlne systemie Alfa Centaurii. To tam istnieje planeta, bardzo podobna do Ziemi, która w ciągu kilkudziesięciu lat ma zostać naszym nowym domem. Mimo ingerencji sił „dobra” i „zła” „Marek Aureliusz” wyrusza w nieznane…

Czytając Silentum Universi, doszedłem do momentu, w którym zrozumiałem, że już „gdzieś to widziałem”, a raczej „już kiedyś to czułem”. I rzeczywiście, zagłębiając się w treść poczułem klimat, który znałem z lektury Solaris Stanisława Lema. Nie łudziłem się jednak – ba, byłem pewny – że nie odnajdę więcej podobieństw między książkami. I nie myliłem się.

Silientum Universi to prosta historia o podróży przez galaktykę, zbudowana przy pomocy małej ilości szczegółów, charakterystycznych, wręcz jednowymiarowych postaci i prostego języka. Przy czym, trzeba powiedzieć, owa prostota nie jest w żadnym razie minusem książki. Pisarski kunszt i umiar powoduje, że nie ma w powieści dłużyzn, praktycznie nie zdarzają się w niej dziury fabularne (ja znalazłem jedną), a opisy są przystępne i wystarczające.

Zagłębiając się w Silientum, czuje się paskudny, „ciężki”, depresyjny klimat wyprawy kosmicznej, odosobnienie załogi, problemy i emocjonalne rozterki głównego bohatera. To właśnie w tym, czyli w specyficznym, przytłaczającym, nastroju i wejściu w retrospekcyjną przeszłość głównego bohatera widać podobieństwo do Solaris. To właśnie w klimacie tkwi siła tej po wieści. I o ile w solaryjskiej opowieści mistrza polskiej fantastyki naukowej istotny był główny bohater i jego „wewnętrzny kosmos” oraz pytania o ludzkość  w ogóle, o tyle Domagalski stawia akcenty w innych miejscach. Każdy ze znaczących członków załogi jest innym typem człowieka, zapatrującym się na swój sposób na wiarę w Boga. Dodatkowo, tak daleka eksploracja kosmosu zmusza do pogłębionej refleksji. To właśnie jest pretekstem do zadawania wielu często bardzo trudnych pytań natury filozoficzno-moralno-religijnej. Bo czy ludzki klon jest dziełem Boga? Czy zasługuje na Jego łaskę, skoro właściwie nie jest Jego dziełem? Wymieszanie kilku wątków, jak przepowiednia Sybilli, wojna Watykanu z kościołem szatana, podbój kosmosu i fatalistyczna wizja przyszłości, dają mieszankę bardzo interesującą i klimatyczną, która jest największą zaletą i zarazem znakiem firmowym autora.

Jest tylko jeden zgrzyt. Zakończenie. Dla wielu będzie zbyt proste i dosłowne. Oczywiście, jest w pewnym stopniu zaskakujące, niemniej jednak dopowiedziane do końca, ze szczegółami, pozostawia pewien dziwny niedosyt. Zdecydowanie lepiej byłoby zostać samemu z pewnymi przemyśleniami i nie przeczytać odpowiedzi na kilka poruszonych pytań. Wytłumaczenie „do końca” nie pozostawiło czytelnikowi wyboru, tak jak i ja nie mam wyboru, pisząc ten tekst. Muszę stwierdzić, że Silientum Universi to bardzo dobra książka, a dla fanów sci-fi – obowiązkowa.

Tytuł: Silentium Universi
Autor: Dariusz Domagalski
Data wydania: kwiecień 2012
Ilość stron: 359
Wymiary: 125 x 195
Wydawnictwo: Fabryka Słów

Więcej moich recenzji znajdziesz: http://www.trojmiasto.miastokultury.pl/21,3,275,trojmiasto-Ksiazka.html

Recenzja. Alkaloid – Aleksandra Głowackiego

alkaloid_b_iext7861282

„Alkaloid” do steam(chem)punkowa powieść zbudowana na bazie bohaterów historycznych i tych stworzonych przez wybitnego polskiego pisarza i współtwórcę naszego realizmu, Bolesława Prusa, a właściwie Aleksandra Głowackiego, bo tak nazywał się w rzeczywistości.

Na okładce nowej książki wydawnictwa Powergraph widnieje właśnie jako autor Aleksander Głowacki. Zbieg okoliczności? Czy tak jak w przypadku „Prusa” chwytliwy pseudonim? Ilości recenzji i reklam w sieci  oraz brak książki na półkach księgarń świadczy o tym, że powieść odniosła medialny i marketingowy sukces. A kwestia, czy A.G. to prawdziwe imię i nazwisko (w co wątpię), czy pseudonim przybrany na potrzebę wydania książki, staje się tak naprawdę nieistotna.

Istotne jest to, że czytelnik otrzymuje książkę, pięknie wydaną (twarda oprawa), ze świetną okładką, pełną  różnych wstawek w postaci fragmentów stylizowanych listów, etykiet, zdjęć, haseł reklamowych. Zilustrowana takimi smaczkami zachęca do lektury. Z przyjemnym trudem czyta się np. fragment prywatnej korespondencji do Wokulskiego, który to list jest częściowo poplamiony itd. Takich akcentów w tej pozycji jest bardzo dużo. Ciekawe są język i składnia, które starają się naśladować powieść „tamtych czasów” z całkiem niezłym skutkiem. Autor postawił na innowację, naszpikował tekst terminami chemicznymi i neologizmami, co jednak miało swoje konsekwencje, ale o tym później. Wracając do kwestii medialnego szumu, warto wspomnieć o tym, że powstała specjalna strona (http://www.alkaloid.org.pl), która tworzy świetny background, dodatkowo rozbudzając wyobraźnię. Idąc tym tropem, warto powiedzieć, czym jest tytułowy alkaloid.

Alka – alkaloid to: substancja pozyskiwana w procesie chemicznej ekstrakcji z bulwy buszmana. Alka jest produktem chemicznej syntezy, której szczegóły znane są tylko I.H.W. (Wokulskiemu). […] Charakterystyczną cechą Alki jest to, że działa ona w różny sposób w zależności od genetycznego tła spożywającego ją osobnika. […] Substancja jest inaktywowana we krwi (prawdopodobnie wskutek opłaszczania białkami), dlatego też preferowana droga spożycia to doustnie w postaci zawiesiny olejowej (aby uległa wchłanianiu i transportowi naczyniami limfatycznymi), bądź w postaci wyciągu alkoholowego do nerwu wzrokowego (za pomocą okulatora)

Źródło: http://wiki.alkaloid.org.pl/index.php/Alka

I właściwie wszystko jasne…

Autor, ktokolwiek nim jest, wykreował świat ciekawy, chociaż bardzo specyficzny. W jego centrum znajduje się specyfik, który stworzył Wokulski, uzależniając od siebie niemal wszystkich, od zuluskich buszmenów po najwyższych dygnitarzy rzędowych. Stanisław Wokulski to bohater wzięty z Lalki Prusa, jest jednak kimś zupełnie innym niż w XIX-wiecznym oryginale. To silny i przebiegły mężczyzna, dla którego liczy się zysk i utrzymanie monopolu na produkcję swojego specyfiku. Manipuluje i walczy z groźnymi przeciwnikami. Jego losy przeplatają się z przygodami Witkacego. Potem pojawia się także hrabia Ochocki, Nikola Tesla i Albert Einstein. Oczywiście, tłem dla całej koncepcji jest XIX-wieczny świat, świat wpływów, pieniądza, potężnych technologii i władzy. Nie jest to jednak klimat, który znamy z historii.

Największa bolączka tej książki to, niestety, jej fabuła – poszatkowana, chaotyczna i momentami dziurawa. Czytanie krótkich rozdziałów często bywa wygodne i przyjemne, jednak w Alkaloidzie są momenty,  kiedy czytając jedno- bądź dwustronicowe podrozdziały, które odnoszą się do innej części fabuły, możemy zgubić wątek. Wracając do kwestii języka, trzeba powiedzieć, że duża ilość terminów chemicznych i neologizmów skutecznie zwalnia tempo poznawania opowieści. Tak duży natłok nowych pojęć momentami przytłacza i utrudnia proces czytania. Ciężko także ułożyć chronologię zdarzeń opisanych w książce. Wszystko to kosztem fabuły. Alkaloid mimo dynamicznego i dobrego początku w miarę czytania wyhamowuje i może lekko rozczarować. Szkoda jest o tyle dotkliwa, że pomysł na powieść był naprawdę dobry. Nie do końca udało się go jednak zrealizować.

 Niemniej jednak jest w tej książce coś, co przyciąga i powoduje, że chce się ją doczytać do końca. I warto. Warto zaspokoić czytelniczą ciekawość i samemu spróbować wejść w świat alki, a świetne wydanie tylko do tego zachęca. Alkaloid to swoisty eksperyment z formą. Jeśli jest się fanem fantastyki, a w szczególności steampunku, to należy po tę pozycję sięgnąć. Właśnie dlatego, że mimo że wpisana w dobrze znany fanom nurt, jest jednak tak bardzo specyficzna.

Tytuł: Alkaloid
Autor: Aleksander Głowacki
Wydawca: Powergraph
Data wydania: 6 kwietnia 2012
Liczba stron: 432
Oprawa: twarda
Seria: Fantastyka z plusem

Więcej moich recenzji znajdziesz na: http://www.trojmiasto.miastokultury.pl/21,3,275,trojmiasto-Ksiazka.html

Recenzja. Mark Hodder – Skaczący Jack…

skaczacy_jack

Mark Hodder przedstawia Burtona i Swinburne’a w dziwnej sprawie Skaczącego Jacka.
Jest to pierwszy z trzech tomów cyklu „Burtona i Swinburne’a” o losach dwójki angielskich bohaterów na usługach księcia Anglii, Alberta. 

Sir Richard Francis Burton jest człowiekiem, który wzbudza tyle sympatii, co antypatii w swoim otoczeniu. Dostojny mężczyzna o twarzy boksera jest znakomitym badaczem, geografem, lingwistą, mistrzem fechtunku. Jego umiejętność wtopienia się w tłum czyni go niemal niewidzialnym. Określić go wiktoriańskim Bondem to mało. Kiedy książę Anglii zleca mu rozwiązanie pewnej skomplikowanej sprawy, bohater potrzebuje jednak wsparcia…

Algernon Charles Swinburne to wierny przyjaciel Burtona. „Algy” jest młodym, wątłym poetą o twarzy chłopca, który narzeka na niemożność tworzenia z braku odpowiednio silnych bodźców. Mężczyzna o dziwnych, masochistycznych skłonnościach jest jednak żądny przygód i dreszczu emocji, jest też pełny fantazji i odwagi, co czyni go idealnym asystentem Burtona.

Skaczący Jack to dziwny jegomość „nie z tego świata” (tak! to TEN na okładce), którego zachowanie z pozoru wydaje się objawem jakiegoś niewytłumaczalnego stanu chorobowego. Dość powiedzieć, że ów postać znika w czasie, pojawia się w różnych miejscach i skutecznie wprowadza zamęt i grozę wszędzie, tam gdzie się akurat zjawi, często zostawiając młode kobiety w szoku i rozdartych sukniach. Tych trzech jegomościów połączy zawiła i ciekawa historia, w którą zamieszani są sam Darwin, Laurence Oliphant i dzicy, rządni krwi, ludzie wilki.

Mark Hodder stworzył pasjonujący, klasyczny wiktoriański obraz Anglii 1861 roku. Świat, w którym jest jednak mało opisów specyficznych i wymyślnych maszyn, które są domeną fantastyki spod znaku maszyn parowych. Naliczyłem ledwo trzy takowe i kilka wtrętów o zwierzętach modyfikowanych przez eugeników (ech… te przeklinające papugi!), które jednak na przestrzeni całej książki, gdzieś uciekają (biorąc pod uwagę ponad 500 stron powieści). Dobrze, że sytuację ratują… czarne charaktery, w których steampunkowy nurt przejawia się w całym ich jestestwie. Historia stworzona przez autora jest wciągająca i złożona. Opisy świata i postaci są wystarczające, odpowiednio oddają klimat epoki, nie nużą, lecz wciągają. Uroku dodają sylwetki bohaterów, które bazują na historycznych osobach.

Fabryka Słów wypuściła ostatnio kilka nowych pozycji (Infoszok, Legendę Kella i Skaczącego Jacka) w specyficznych, „udających twarde” okładkach. Być może wyglądają zacnie na półce, jednak zupełnie nie sprawdzają się np. w podróży. Okładki szybko się gniotą, zdzierają i odkształcają. Wielka szkoda, że za tak pięknym graficznie, iście steampunkowym wydaniem Skaczącego Jacka, nie idzie jego solidność, zaś cena jest taka jak za „twardo” wydany tom.

Skaczący Jack to świetnie napisana książka, z której rozrywka wydobywa się niczym gęsty dym z komina. Postaci historyczne, na bazie których zbudował Hodder swoją opowieść, stały się charakterystycznymi bohaterami, których zapamiętamy na długo. Aż chce się czekać na następne tomy. Historia z początku pogmatwana z czasem nabiera rumieńców i zdecydowanie nie zawodzi w finale. Niczego jej właściwie nie brakuje, jest doskonale przemyślana i zręcznie przeniesiona na karty książki. Tłumaczenie Krzysztofa Sokołowskiego jest w pełni profesjonalne i w żadnym wypadku nie hamuje odbioru powieści. Mimo pięknej acz delikatnej okładki, warto mieć Skaczącego Jacka w swojej kolekcji, ponieważ to kawał solidnej fantastyki.

Tytuł: Mark Hodder przedstawia: Burtona i Swinburne’a w dziwnej sprawie Skaczącego Jacka
Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 528
Seria: Obca Krew